Każdy ma swój Mount Everest - rozmowa z Olgą Bończyk

Każdy ma swój Mount Everest - rozmowa z Olgą Bończyk

2013-12-13
  A A A
 

Całe życie żyła według planu, podporządkowywała się innym i nie wierzyła, że sama zdoła cokolwiek osiągnąć. Dziś korzysta z „efektu po czterdziestce” – woli patrzeć w przyszłość niż oglądać się za siebie, pozwala sobie na luz, samodzielnie realizuje cele i szeroko uśmiecha się do życia. Wierzy, że na każdego czekają otwarte drzwi, które zawiodą go na szczyt, na którym czeka pełnia szczęścia, dlatego na najnowszej płycie autorskiej namawia słuchaczy, by nie bali się żyć i marzyć

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Singiel „Nie zatrzymuj się”, zwiastujący pani nowy album, nawołuje, by uwierzyć w marzenia i chwycić mocno życia ster. Cała płyta ma równie optymistyczny wydźwięk?

– Tak. To chyba mój pierwszy projekt pozbawiony dominującej melancholii, z którą zwykle jestem kojarzona. Płyta jest bardzo optymistyczna. Zamieszczone na niej piosenki powstały z mojego przekonania, że wszystko, co za mną, zostało za zamkniętymi drzwiami. Teraz otwieram nowy rozdział w życiu, w którym nie mam już obaw i doskonale wiem, czego chcę. Kiedyś martwiłam się, że coś się nie uda, teraz się tego nie boję. Idę naprzód z podniesioną głową i uśmiecham się do życia, robiąc tyle, ile mogę, przy czym nie oglądam się na innych. W piosence „Nie zatrzymuj się” mówię słuchaczom, żeby nie przejmowali się, jak coś nie wyjdzie. Czasem trzeba od nowa zbudować dom, czasem całe życie. Na pewno się da, jeśli tylko zamkniemy za sobą drzwi do przeszłości. Namawiam do tego, by rzucić w górę marzenia i pozwolić im się spełniać. Należę do pokolenia wychowywanego w okresie PRL-u, kiedy wszystkiego było mało, niczego nie było wolno, a to mocno ograniczało i dawało poczucie, że znajdujemy się w zasiekach, że zawsze znajdzie się coś, co stanie nam na drodze. Długo szłam przez życie z takim przekonaniem i trwałam w przeświadczeniu, że sama niewiele mogę osiągnąć. Dopiero kiedy przekroczyłam czterdziestkę, zrozumiałam, że wszystko zależy ode mnie, wystarczy odważyć się na pierwszy krok. Nowa płyta – wydana i sfinansowana przeze mnie – jest tego dowodem. Przestałam się oglądać na wytwórnie fonograficzne i liczyć, że komuś innemu będzie zależało na efekcie bardziej niż mnie. Wzięłam ster w swoje ręce i robię sobie nową płytą prezent na 45. urodziny. Ostatnia piosenka – „Świat po czterdziestce” – jest o tym, że tak naprawdę wtedy zaczyna się to co najlepsze i nie warto się przejmować, jeśli ktoś nam mówi, że jesteśmy starzy, nic nam się już nie należy i w zasadzie powoli powinniśmy zjeżdżać do boksu. Jeśli ciągle nam się chce gnać do przodu, w lustrze wciąż będziemy widzieć młodą twarz. Ludzie nie lubią się rozstawać z rzeczami i sytuacjami, nawet tymi złymi, bo nie mają siły i odwagi zaczynać od nowa. Ja mówię im, żeby zatrzasnęli za sobą stare drzwi, bo warto powalczyć o siebie. Nie chcę więcej oglądać się za siebie, wolę patrzeć na to, co przede mną. Dlatego podaję rękę tym, z którymi muszę się pożegnać, i idę dalej. Za dużo czasu zmarnowałam na rozpamiętywanie przeszłości i zastanawianie się nad tym, co jest słuszne społecznie. Dojrzałam do tego, żeby robić rzeczy, na które naprawdę mam ochotę, i mam poczucie, że to najlepszy moment mojego życia.

Skąd taki przypływ energii i epikurejskiej radości życia u artystki kojarzonej raczej z nostalgią i zadumą?

– Wszystko jest kwestią naszej mentalności i przepracowania pewnych rzeczy w psychice. Doświadczyłam tego tym bardziej, że po czterdziestce wiele rzeczy zaczęło się samoistnie kończyć w moim życiu. Oczywiście nie ma cudownego guziczka, którego naciśnięcie wszystko zmienia w okamgnieniu, ale przeprowadziłam setki rozmów z ludźmi, którzy upewniali mnie, że warto wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić dla siebie coś dobrego, co do niedawna postrzegałam jako egoizm. W końcu zdałam sobie sprawę, że w zdrowym egoizmie nie ma nic złego, wręcz nie możemy oddawać się w całości ani drugiej osobie, ani żadnej sprawie. Byłam dumna i szczęśliwa, kiedy po koncercie Super Premier w Opolu docierały do mnie sygnały, że mój singiel trafił do słuchaczy również w warstwie tekstu. To bardzo ważne w czasach, gdy piosenki są właściwie o niczym. Myślę, że na tej płycie słuchacz znajdzie nie tylko dobrą muzykę, lecz także mądre treści. Na płycie, która jest moim pierwszym autorskim krążkiem i pozwoliła mi w pełni wyrazić siebie poprzez muzykę i słowa, zamieściłam też bardzo osobistą, wzruszającą piosenkę dla mojej mamy, którą w całości napisałam sama. Utwór ten jest wyrazem wdzięczności dla moich rodziców za to, co od nich dostałam. Za to, że – mimo swojej niepełnosprawności – dali mi wsparcie i pozwolili być tym, kim dziś jestem. Cieszę się, że doczekałam momentu, kiedy mogę im w ten sposób podziękować.

Czy fakt, że wychowywała się pani w domu, w którym podstawowym językiem był migowy, wpłynął na pani ścieżkę kariery i umocnił panią w dążeniu do realizacji celu?

– Na pewno podświadomie był to element determinacji i siła napędowa wynikająca z poczucia, że nie możemy z bratem zawieść pokładanych w nas nadziei, skoro rodzice zdecydowali się wejść na całkowicie obcą im ścieżkę, bo przecież osoby niesłyszące nie są w stanie pomóc w edukacji utalentowanym muzycznie dzieciom. Choć rodzice nie byli w stanie ocenić, czy gramy czysto, czy dyktando muzyczne poszło dobrze, cały czas dawali nam odczuć, że mocno w nas wierzą. Zaryzykowali, wysyłając nas do szkoły muzycznej, bo zaufali, że tego nie zmarnujemy. Szczęśliwie nie zawiedliśmy. Przykro mi jedynie, że nigdy nie mogli usłyszeć, że ich ryzyko i mentalne wsparcie przyniosło efekty, a dźwięki, w które uwierzyli i które dzięki nim tworzymy, mają sens i stały się naszą drogą życiową.

Czy dla osoby otoczonej na co dzień ciszą i znakami świat dźwięków i muzyki był ważniejszy niż dla rówieśników?

– Nie przeceniałabym tego. Byliśmy z Mirkiem takimi samymi dziećmi jak rówieśnicy. Tak samo się złościliśmy, jak nam coś nie wychodziło, tak samo woleliśmy pójść na podwórko, niż ćwiczyć gamy. Na tamtym etapie chyba nie zastanawialiśmy się zbyt mocno nad naszą szczególną sytuacją. Chcieliśmy po prostu mieć jak najwięcej z dzieciństwa, którego mieliśmy bardzo niewiele. Dopiero dziś, z perspektywy dorosłego człowieka umiem docenić wagę tego, co rodzice dla nas zrobili. Pamiętam, jak za każdym razem, gdy dostałam dwóję, mama ze stoickim spokojem mówiła, że jak nie chcę ćwiczyć, to nie ma problemu – przeniesie mnie do rejonówki. Myśl, że musiałabym chodzić do zwykłej szkoły, była dla mnie największą karą, a zarazem motywacją, żeby wziąć się do roboty i zostać w szkole muzycznej, którą traktowałam jak wyróżnienie. Do następnego razu, kiedy dawała o sobie znać zwykła potrzeba bycia dzieckiem: zbijania bąków, łażenia po drzewach i wiszenia na trzepaku, tym bardziej silna, że mieliśmy tego mniej niż inne dzieci, bo długie godziny spędzaliśmy przy instrumencie.

Dziś ten wysiłek procentuje, a satysfakcja z pracy jest zapewne tym większa, że konsekwentnie podąża pani własną ścieżką, nie idąc na ustępstwa i nie podporządkowując się prawom komercyjnego rynku?

– Oczywiście, mam świadomość, że droga, którą obrałam, jest jedną z najtrudniejszych, bo nigdy nie wiem, jaki będzie efekt moich niekomercyjnych wyborów. W wymiarze artystycznym mam poczucie, że rezultat jest znakomity, bo nagrałam płytę z najlepszymi muzykami w Polsce – co do tego nie mam wątpliwości i jest to moja ogromna duma, że producentem muzycznym jest Krzysztof Herdzin, a wśród instrumentalistów znalazły się takie osobowości, jak Robert Kubiszyn czy Marek Napiórkowski. Z drugiej strony, kiedy idę do wytwórni, słyszę, że to ambitny materiał, a takie płyty słabo się sprzedają. Cóż, coś za coś, ale jeśli mam taki wybór, to ja chcę po swojemu. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym zniżyć poziom, żeby sprzedać tysiąc płyt więcej i mieć większy zysk, ale przy tym wstydzić się za to, co podpisuję swoim nazwiskiem. Po czterdziestce obiecałam sobie, że wszystkie projekty, których kiedykolwiek się podejmę, będę zawsze realizowała z ludźmi lepszymi od siebie, żeby nigdy nie schodzić poziom niżej, by było łatwiej i szybciej, lecz stale się uczyć i podnosić sobie poprzeczkę, bo jak jest trudniej, efekt bardziej cieszy. Ambitny repertuar automatycznie zawęża target, ale wszystko zależy od celów, jakie sobie stawiamy. Ja wolę pozostać w tej mniej licznej grupie artystów, którzy nie sprzedają się za wszelką cenę. Tak samo dzieje się w sprawach związanych z aktorstwem. Czasem dostaję propozycje zagrania w serialach, ale nie decyduję się na udział w rzeczach kiepskiej jakości tylko po to, żeby zgarnąć kasę za pięć dni zdjęciowych. Wolę zagrać koncert z moimi muzykami i poczuć się szczęśliwa na scenie, a mam to szczęście, że pracuję z uwielbieniem dla tego, co robię. Dziś nie wyobrażam sobie mojego życia bez sceny. Już przygotowania do występu, czy to teatralnego czy estradowego, są dla mnie częścią misterium, którego kulminacją jest wyjście na scenę – za każdym razem traktuję je jak święto. Za bardzo kocham swoją pracę, żeby pozwolić sobie na bylejakość i dopuścić, żeby mój zawód spsiał. Parę razy zdarzyło mi się wyjść na scenę i w czasie występu myśleć o tym, żeby jak najszybciej ją opuścić, bo czułam, że biorę udział w czymś słabym, dlatego nie chcę takich chwil znowu przeżywać.

Pani ostatnią płytę „Listy z daleka” z piosenkami Kaliny Jędrusik zamyka utwór „Ja nie chcę spać”, teraz płynnie przechodzimy do albumu zatytułowanego „Piąta rano”. To bezsenność z nadmiaru pomysłów czy symptom pracoholizmu?

– Kiedy kończyłam pracę nad „Kaliną”, obiecałam sobie, że długo nie nagram kolejnej płyty – był to męczący projekt, zarówno artystycznie, jak i technicznie, bo współprodukowałam płytę razem z Polskim Radiem. Mimo to już po roku niespodziewanie zaczął mi się zbierać materiał autorski, o którym zawsze marzyłam. Miałam większość piosenek, które dałam do przesłuchania Krzyśkowi Herdzinowi, a on zapalił się do mojego pomysłu i powiedział: „Bierzmy się do roboty”. I tak zapomniałam o swoim postanowieniu. Teraz też jestem zmęczona wielomiesięczną pracą nad płytą i marzę już o koncertach…

…ale kiełkują nowe pomysły?

– Tych nigdy nie brakuje, ale czuję, że trud samodzielnego wydania płyty, mimo że – z jednej strony – bardzo cieszy, z drugiej bardzo eksploatuje. I choć gentelmani o pieniądzach nie mówią, to właśnie finanse są najbardziej frustrującym ograniczeniem, które powstrzymuje od realizacji wielu wartościowych pomysłów.

Najnowszy album to kolejny projekt, którego realizację wzięła pani w swoje ręce i zdecydowała się sama wyprodukować. Jak udaje się łączyć artystyczną wrażliwość z przedsiębiorczością i determinacją bizneswoman?

– Dzięki temu, że udało mi się znaleźć sponsorów na potrzeby poprzedniej płyty i spektakli teatralnych, jestem postrzegana w środowisku jako twarda bizneswoman, ale nic bardziej mylnego. Owszem, z determinacją dążę do celu, ale na pewno nie mam twardej ręki i nie idę do celu po trupach. Wiele rzeczy jest mi trudno przeforsować i ciągle twierdzę, że to, iż udało mi się znaleźć pieniądze na projekty teatralne, to zbieg okoliczności i opatrzność anioła. W wielu przypadkach o pozyskaniu sponsora decyduje zwykły traf albo sympatia czy szacunek względem mojej osoby, co z kolei jest wynikiem mojej konsekwencji w podążaniu własną drogą. Wiele osób widzi, że projekty, w które się angażuję, trzymają poziom i w efekcie sami są gotowi podpisać się pod nimi. Z drugiej strony, nie jest tak, że gdzie nie pójdę, każdy otwiera przede mną drzwi. Wielokrotnie usłyszałam „nie” albo musiałam przełknąć gorycz odmowy, mimo że ktoś wcześniej obiecał wesprzeć moją inicjatywę. Takich sytuacji było znacznie więcej niż pozytywnie podpisanych kontraktów, a ponieważ jestem osobą wrażliwą i mam duży problem z proszeniem, wielokrotnie czułam się niekomfortowo, pukając od drzwi do drzwi potencjalnych sponsorów. Nigdy nie potrafiłam wchodzić oknem, gdy ktoś wyrzucił mnie drzwiami. Przy tej płycie nie byłam na tyle uparta, żeby próbować do skutku, i w efekcie sama sfinansowałam płytę. Bywa różnie, ale nie wszystko zaczyna się i kończy na pieniądzach.

Często bierze pani udział w inicjatywach społecznych. Co w ogromie potrzeb decyduje o tym, które projekty warto wesprzeć swoim wizerunkiem?

– Rzeczywiście, dostaję bardzo wiele próśb i propozycji udziału w akcjach charytatywnych. Większości odmawiam, ponieważ uważam, że – angażując się w liczne projekty jak popadnie – traci się wiarygodność. Jestem twarzą kilku w moim przekonaniu ważnych, a przy tym bliskich mi mentalnie projektów społecznych, wśród których szczególne miejsce zajmuje projekt „Dźwięki marzeń” – jestem związana od 7 lat. Rocznie obejmuje on opieką około 200–300 dzieci niesłyszących lub bardzo słabo słyszących, których rodziców nie stać na rehabilitację. Projekt przynosi fenomenalne efekty. Dziś znam już sporą gromadkę dzieci, które urodziły się niesłyszące, a po zaledwie 2–3 latach, dzięki znakomitym rehabilitantom i logopedom znakomicie mówią, a – co najważniejsze – dobrze słyszą, i to jest za każdym razem wydarzenie nie do przecenienia. Dziś medycyna i poziom rehabilitacji są na takim poziomie, że dziecko niesłyszące po 3 latach udziału w projekcie intelektualnie często przewyższa słyszących rówieśników. Wierzę, że gdyby tymi samymi metodami pracować w żłobkach i przedszkolach z dziećmi słyszącymi, które uczą się świata i dźwięków, mielibyśmy pokolenie geniuszy.

Kolejny obszar, w którym jestem zaangażowana, to projekty związane z rakiem szyjki macicy i rakiem piersi. Ponieważ moja mama i przyjaciółka zmarły na raka, temat jest mi szczególnie bliski. Nie zgadzam się, żeby moi bliscy umierali tylko dlatego, że zaniedbują badania, nie korzystają z profilaktyki. Kobiety potrzebują swego rodzaju straszaka czy raczej motywacji, żeby raz do roku kontrolować swój stan zdrowia, zanim będzie za późno. Lubimy chodzić do spa, chętnie wklepujemy kremy, żeby przedłużyć młodość i zadbać o piękny wygląd, tymczasem kompletnie nie dbamy o to, co jest w środku. Tego nie jestem w stanie pojąć. O ile jestem przeciwniczką szczepionek w ogóle, o tyle wierzę, że szczepionka przeciwko wirusowi HPV jest niezwykle skuteczna, co potwierdzają statystyki. Dla mnie to skandal, że w polskim systemie ochrony zdrowia nie ma obowiązku szczepień.

Podobna idea przyświeca organizacji Rajdu Polski Kobiet.

– Tak, zostałam ambasadorką tego projektu, bo idea jest zbieżna. Co roku w dwudniowym rajdzie jadą same kobiety, które na poszczególnych odcinkach wykonują mammografię, cytologię, USG tarczycy, żeby wykluczyć raka. To fantastyczna zabawa, a przy tym wartościowa idea, która przy nagłośnieniu medialnym może wpłynąć na świadomość Polek. Ja szczęśliwie wyszłam ze wszystkich badań obronną ręką, ale w przypadku kilku pań okazało się, że muszą wykonać dodatkowe badania, bo coś się dzieje. To tylko potwierdza, że rajd po zdrowie i podobne projekty są potrzebne, a ja się podpisuję pod tego typu inicjatywami rękami i nogami.

Co jest największym atutem kobiet i co jako znana osoba chce im pani przekazać?

– Ilekroć biorę udział w Rajdzie czy Kongresie Kobiet, widzę jedną rzecz – ogromną siłę, jaka emanuje z kobiet, gdy zbiorą się w grupę. To już nie są kury domowe, które siedzą w domu, żeby odgrzać mężowi obiad i wyprać mu skarpety. Współczesne Polski mają dużo wyższe aspiracje, są mądre, przedsiębiorcze i pracowite. Co więcej, mają wiele pomysłów nie tylko na siebie, lecz także na zmiany, które mogłyby wpłynąć na poprawę życia kobiet w Polsce. Co ważne, kobiety od razu przystępują do działania. Nie ma typowego dla mężczyzn rozsiadania się w fotelach, palenia cygar, zbędnego wałkowania tematu po raz drugi, trzeci, piąty… Z własnego doświadczenia wiem, że faceci uwielbiają się spotykać i wielokrotnie przegadywać to samo, podczas gdy z kobietami od razu przechodzi się do konkretów i działania. Być może jest tak, że większość kobiet ma poczucie, że straciły już wystarczająco dużo czasu. Na pewnym etapie, gdy odchowały dzieci, próbują nadrobić zaległości. Nie chcą więcej paplać i tracić energii na gadulstwo. Ich chęć do działania jest zniewalająca. Jednocześnie mam świadomość, że nadal mnóstwo kobiet ze łzami w oczach znosi dantejskie sceny i z podziwem czy wręcz zazdrością patrzy na te, którym udaje się robić coś dla siebie. Chyba musi wymrzeć moje pokolenie kobiet, które w PRL-u były formatowane jako dodatek do mężczyzny. Ja też byłam tak wychowywana i wiele pracy wymagała ode mnie nauka innego myślenia o sobie. Dziś wiem, że wiele rzeczy potrafię zrobić sama i mężczyzna nie jest mi potrzebny, żeby wbić gwóźdź w ścianę albo skręcić szafę. Per saldo może dlatego faceci trochę się mnie boją, bo czują się przy mnie zbędni, ale czy to mój problem?

Na kobietach skupia się również spektakl „Zdobyć, utrzymać, porzucić” według pani pomysłu. Który z tych etapów relacji damsko-męskich jest największym wyzwaniem?

– Myślę, że każdy, ale ponieważ zdobycie i utrzymanie mężczyzny – na dłużej lub krócej – większość z nas ma za sobą lub przed sobą, polecałabym…

…porzucanie?

– Nie tyle porzucanie, co rozstawanie się w zgodzie i w szacunku, bo mnie się to w życiu parokrotnie zdarzyło i ta metoda genialnie się sprawdza. Największym problemem par jest moment rozstania, po którym wielu ludzi zostawia w sobie dużo złych wspomnień i złości. Powodów, dla których ludzie się rozstają, jest mnóstwo, ale ważne, żeby – gdy już do tego dojdzie – umieć sobie wybaczyć i rozejść się w przyjaźni, tak żeby w naszych głowach i sercach pozostały tylko te najlepsze wspólne chwile. Pozostawianie w duszy wielkiego kolca i złej energii związanej miłością, która wygasła, tak naprawdę wyrządza krzywdę samym sobie. To nas zatruwa od środka i umacnia w przekonaniu, że coś nam się w życiu wywaliło i teraz pozostaje do końca cierpienie. A po co zgadzać się na cierpienie?

Chyba nie tak łatwo odciąć się od przeszłości i zapomnieć o tym, co złego nas spotkało?

– Trudno, bo uwielbiamy rozpamiętywać swoje krzywdy i litować się nad sobą. Nauczmy się zamykać za sobą drzwi. Zapamiętajmy człowieka, którego kiedyś kochałyśmy, w pozytywnym świetle, bo przecież kiedyś czekałyśmy na niego z rozpalonymi policzkami. Spróbujmy zachować w pamięci tamten czas i pogrzebać złe wspomnienia.

Udaje się?

– Tak, jestem tego najlepszym przykładem. Z byłymi mężami jestem w znakomitych przyjacielskich stosunkach – dzwonimy do siebie, umawiamy na kawę, rozmawiamy. Naprawdę się da, trzeba tylko zostawić za sobą to, co złe. Ci ludzie mają nowe życie i my też pozwólmy sobie rozpocząć nowy etap, nie ciągnąc za sobą ogona złych wspomnień, bo wtedy nigdy nie zamkniemy drzwi, zawsze będziemy sobie ten ogon przytrzaskiwać. Dlatego polecam porzucanie z godnością dla obu stron i miłością, która kiedyś nas łączyła, w sercu.

Zawodowo na pewno może pani mówić o satysfakcji. Czy w sferze uczuć też czuje się pani spełniona?

– Tak, jestem w szczęśliwym związku i chciałabym, żeby trwał jak najdłużej. Jednak po wielu zakrętach mam z tyłu głowy poczucie, że życie płata figle, dlatego nie mam zamiaru bawić się w proroka i deklarować, że tak będzie zawsze. Dziś po prostu cieszę się tym, co dostałam od losu, i dbam o każdy nasz wspólny dzień, by był najpiękniejszy. Jeśli to wystarczy, żeby wspólnie się zestarzeć, to tak będzie, jeśli nie – trudno.

W życiu lepiej mieć pełną kontrolę nad jego biegiem, czy warto pozwolić sobie na spontaniczne decyzje?

– Całe życie funkcjonowałam według planu, byłam totalnie poukładana i lubiłam kontrolować zarówno siebie, jak i innych. Bardzo cenię sobie poczucie, że mam sprawy w swoich rękach, za to nie znoszę niewyjaśnionych sytuacji, bo wtedy po prostu się gubię. Wiecznie słyszałam od innych: „Wyluzuj”. Dopiero teraz się tego uczę i chyba robię postępy, bo znajomi mi mówią, że wypuściłam z siebie sporo powietrza. Nadal jestem poukładana, ale dopuszczam pewne odstępstwa od tego porządku i czasem sama siebie zaskakuję. Ten luz niesie ze sobą pewne konsekwencje i powoduje, że pewne rzeczy nam umykają. Trzeba wiedzieć, kiedy można sobie pozwolić na spontan. W przypadku pracy nad płytą nie wolno kierować się zasadą „jakoś to będzie”, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, a i tak nie zawsze przecież wszystko wychodzi, tyle że teraz lepiej reaguję na wpadki. Nie pieklę się i nie stresuję, tylko staram się od razu opanować sytuację. Przestałam się wszystkim przejmować. To chyba się nazywa luz. Po czterdziestce odkryłam w sobie wielki apetyt na życie. Wcześniej cały czas się kontrolowałam, bo bałam się, że popełnię błędy, zanadto skupiałam się, żeby dobrze wypaść i zmieścić się w ramach ogólnie przyjętych konwencji, a to żadne życie. Uświadomiłam sobie, że nie mogę się wszystkim podobać, bo tak się nie da. Dałam sobie zgodę, żeby się mylić, popełniać błędy. Zawsze łatwo wybaczałam błędy innym, a siebie trzymałam krótko na smyczy i nie dopuszczałam do wpadek. Dziś mówię sobie, że jestem tylko człowiekiem i mam prawo coś schrzanić. Co więcej, nie mam zamiaru się tym zadręczać. Nie skróciłam smyczy innym, za to sobie mocno poluzowałam. I nie chodzi o to, że teraz w ogóle się nie staram, ale mam do wielu spraw dystans, bo z góry zakładam, że nie wszystko musi iść jak po maśle i jak coś nie wyjdzie, nie mogę się zniechęcać porażką. Wierzę, że życie daje mi najlepsze z możliwych dni i podsuwa najlepsze rozwiązania. Jeśli coś się nie udaje, to dla mnie sygnał, że drzwi, które próbuję otworzyć, nie są tymi właściwymi i mam dalej szukać swoich. Porażki utwierdzają mnie w przekonaniu, że gdzieś czeka na mnie moja furtka. Najważniejsze to mieć świadomość, że każdy ma swój Mount Everest, na który musi wspiąć się sam. Ani nauczyciel, ani mamusia, ani mąż czy kochanek nie pomogą nam w tym, ale też nie mają prawa nas zniechęcać. Dlatego nie pozwólmy nikomu odbierać naszych marzeń, bo one są naszą siłą napędową. To my będziemy stali na szczycie – szczęśliwi albo nie. Każdemu, kto chce zniszczyć moje marzenia, mówię, żeby trzymał się z dala od mojego życia, bo każdy ma własną drogę, którą powinien podążać.

A tym, którzy mają odwagę marzyć, śpiewa pani „Nie zatrzymuj się”.

– Właśnie. Z całym przekonaniem, bo sama stale się zatrzymywałam przez 30 lat.

Muzycznie na półki trafia „Piąta rano”, a czego mogą się spodziewać widzowie?

– Cały czas gram w „Zdobyć, utrzymać, porzucić” i „Za rok o tej samej porze”, oraz na scenie Roberta Kudelskiego, czyli Teatrze Projekt Warszawa, w znakomitej sztuce komediowej „Desperatki”, w której z Joasią Kurowską chcemy się rzucać z mostu.

OLGA BOŃCZYK

aktorka teatralna i filmowa, piosenkarka. W wieku 6 lat rozpoczęła edukację w klasie fortepianu w Państwowej Szkole Muzycznej I i II stopnia we Wrocławiu. Zaraz po maturze związała się z zespołem Spirituals Singers Band, którego założycielem i liderem do dziś jest Włodzimierz Szomański, ale ciągnęło ją też do aktorstwa. Studia na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej we Wrocławiu pomogły jej połączyć te pasje. W 1995 r. jako absolwentka przeniosła się na stałe do Warszawy. Obecnie artystka koncertuje, występując z recitalami „Piosenki z klasą” oraz „Trzeba marzyć”, a także z własnymi interpretacjami piosenek Kaliny Jędrusik zawartymi na płycie z 2011 roku „Listy z daleka”. 8 listopada wydała pierwszą autorską płytę pt. „Piąta rano”. Prowadziła program kulinarny „SmaczneGo!”, a w 2008 r. wzięła udział w III edycji programu „Jak oni śpiewają”. Była oficjalną ambasadorką marki kosmetycznej „ARTDECO”, dziś wspiera i firmuje swoim nazwiskiem projekty społeczne – jest m.in. ambasadorką projektu „Dźwięki marzeń” oraz Rajdu Polski Kobiet.

Wydanie internetowe www.magazynvip.pl

(fot. VIP)

Polub luxclub.pl na Facebooku

TAGI: Olga Bończyk | aktorka | piosenkarka | gwiazda | vip

oceń
6
0
Podziel się

Opinie

Pozostało znaków: 4000

[Pokaż regulamin]

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!


Katalog zegarków

akceptuję regulamin

regulamin serwisu