HALINA MLYNKOVA – Rozpiera mnie energia

HALINA MLYNKOVA – Rozpiera mnie energia

2013-12-13
  A A A
 

Czasem o naszych losach decyduje przypadek, który szybko procentuje. Tak jest w przypadku artystki zafascynowanej muzyką, kulturami i podróżami, która dzięki niespodziewanej współpracy z Brathankami porzuciła Czechy, zyskała cenne doświadczenia muzyczne i popularność, a co najważniejsze, dojrzała do kariery solowej. Dziś czuje się szczęśliwą matką i wokalistką oraz stuprocentową Polką, a energią, która ją rozpiera, chce obdzielić słuchaczy drugiej autorskiej płyty.

Rozmawia MAŁGORZATA SZERFER

Popularność zyskała pani jako wokalistka Brathanków. Z założenia traktowała pani ten epizod jako furtkę do kariery solowej, czy na początku nie myślała pani o autorskich projektach?

– Na początku w ogóle nie wiedziałam, jak mam traktować ten rozdział w moim życiu, bo od początku zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Kiedy zespół zaproponował mi współpracę, spodziewałam się, że pogramy trochę latem po krakowskich klubach i na tym koniec. W momencie, gdy machina ruszyła na poważnie – z koncertami, wywiadami, nagraniami, sesjami zdjęciowymi, nawet nie miałam czasu, żeby się zastanowić nad przyszłością. Wtedy zespół był moją rzeczywistością, która wypełniała każdy dzień po brzegi. Głębsze przemyślenia i nieco dystansu nadeszły dopiero po latach. Pamięta pani moment, gdy zaświtała myśl, że czas zrobić coś samodzielnie i pójść swoją własną ścieżką? – Kiedy byłam związana z zespołem, nigdy nie planowałam samodzielnej kariery. Nawet jeżeli wytwórnia proponowała mi nagranie solowej płyty, na ówczesnym etapie każdorazowo deklarowałam przynależność do Brathanków. W ogóle nie myślałam o odejściu, dopóki nasze drogi nie rozeszły się w przykrych okolicznościach. Dopiero po krzywdzącym zachowaniu ze strony zespołu poczułam, że nie mam wyjścia, i powodowana dumą zdecydowałam się odejść. Wtedy stało się dla mnie jasne, że przyszła pora, żeby pójść własną drogą i zacząć karierę solową.

Jeszcze jako nastolatka występowała pani w zespole ludowym, Brathanki też grały muzykę folkową. Zawsze chciała pani być związana z nurtem nasyconym wpływami etnicznymi?

– Wręcz odwrotnie, zawsze tego unikałam (śmiech). Wychowałam się na Zaolziu, w domu, gdzie kultura ludowa regionu była bardzo żywa. Mój ojciec mocno angażował się w folklorystyczne inicjatywy i zaszczepił w nas tę pasję. Od dziecka ja i mój brat – choć on z gorszym skutkiem, bo dziś jest lekarzem – tańczyliśmy, braliśmy udział w festiwalach i imprezach regionalnych. W tym okresie występowałam w Zespole Pieśni i Tańca „Olza”, który trzymał wysoki poziom, więc pozwolił mi rozwinąć się tanecznie, a przy okazji zjeździć kawał świata w młodym wieku. W ten sposób znalazłam sobie miejsce, w którym mogłam realizować się artystycznie jako nastolatka. Jednak to było dobre na etapie liceum, tym bardziej, że nigdy nie byłam zagorzałą folkorystką jak inne dziewczyny. Kiedy znalazłam dziedziny muzyczne, które dużo bardziej mnie interesowały, bez żalu zarzuciłam taniec ludowy i zaczęłam z pasją zagłębiać się w wokal. Chciałam nie tylko występować na scenie, lecz także naprawdę umieć śpiewać, znać techniki muzyczne, wiedzieć, jak pracować głosem. Dlatego na studiach z tego wyrosłam i zapisałam się do szkoły jazzowej. Z jednej strony szczęście, z drugiej pech chciał, że znowu los związał mnie z zespołem ludowym. Kiedy chłopaki z Brathanków dotarli do mnie z propozycją dołączenia do nich, nie byłam zachwycona, ale po przesłuchaniu ich muzyki spodobał mi się ich repertuar i tak zaczęła się kilkuletnia współpraca. Jestem pewna, że ta muzyka po prostu jest mi pisana.

Przy pracy nad solowym debiutem w 2011 r. na pewno nie było już mowy o przypadku. Co chciała pani przekazać na swoim autorskim albumie „Etnoteka”?

– Przede wszystkim, że jestem dojrzała jako kobieta. To była płyta bardzo skoncentrowana na kobiecości, którą trzeba postrzegać nieco z przymrużeniem oka, ale jednocześnie w pełni akceptować. Cechy uważane za typowo babskie są naszym atutem i wyśmiewanie ich jest mocno nie na miejscu, bo kobiecość jest czymś fantastycznym. Uważam, że brak orientacji w terenie, problemy z określeniem kierunku czy płacz w stresowych sytuacjach wywołany napięciem nie są niczym wstydliwym. Natura nie robi niczego przypadkowo, dlatego powinniśmy doceniać, że tak się różnimy, bo ta odmienność jest piękna. Chciałam powiedzieć na tej płycie, że wybory, których dokonujemy jako kobiety, zależą od nas samych, a kobiecość może być świetną bronią. Kobiety tak samo jak mężczyźni mogą się świetnie sprawdzać na wysokich stanowiskach albo realizować się w wolnych zawodach, jednocześnie spełniając się w domu w roli matki, żony, gospodyni. Właśnie dzięki kobiecym – tak często wytykanym – cechom, które są godne podziwu, a które tak często próbujemy w sobie zdusić. Nie bądźmy na siłę męskie. Mam wrażenie, że kobiety coraz bardziej rządzą światem i wcale nie trzeba kobiecości ukrywać. O tym jest „Etnoteka”, zaś muzycznie inspiracją były dla mnie odbyte przez lata podróże, o których pamięć chciałam w pigułce utrwalić.

Nowa płyta „Po drugiej stronie lustra”, która właśnie trafia na rynek, jest bardziej dojrzałą kontynuacją idei zawartych na pierwszym krążku, czy postawiła pani na zupełnie inne przesłanie, styl, brzmienie?

– Myślę, że pod względem treści każda płyta jest odzwierciedleniem naszej duszy na danym etapie życia. Nawet jeśli piszemy o tym, co nas otacza, to postrzegamy tę rzeczywistość przez pryzmat własnych doświadczeń, nastrojów, stanów emocjonalnych. Kiedy byłam w ciąży, wszędzie widziałam brzuchy, z kolei gdy Piotrek był niemowlakiem, wydawało mi się, że gdzie nie spojrzę, tam pojawia się wózek. Moja druga płyta jest również kobieca, ale chyba nie tyle dojrzalsza, co bardziej pozytywna, jeśli chodzi o postrzeganie pewnych spraw i przemyślenia życiowe. Nie jest już jednak tak mocno skierowana do kobiet i również mężczyźni mogą się utożsamiać z jej przekazem.

W ciągu dwóch lat od debiutu zaszły w pani życiu zmiany, które mają swoje miejsce na płycie? Czuje się pani innym człowiekiem, kobietą?

– Bardzo się zmieniłam przez ten czas. Nawet kiedy urodził się Piotrek, nie czułam tak wielkiej zmiany w swoim życiu jak teraz. Jest to dla mnie kompletnie nowy etap. Jestem bardzo szczęśliwa, rozpiera mnie energia i myślę, że to słychać na płycie zarówno instrumentalnie, jak i wokalnie. Natomiast muzycznie zrywam z tym, co zaproponowałam do tej pory. Chciałam pokazać zupełnie nową odsłonę muzyki etnicznej w bardziej nowoczesny, popowy sposób, bo teraz takie dźwięki grają mi w duszy.

Ale z etnicznymi wpływami pani nie zrywa?

– Nie, jednak o ile na „Etnotece” było trochę Afryki, trochę Indii, nieco Europy i Wschodu, teraz obrałam bardzo konkretny kierunek, który przez całą płytę prowadzi nas przez jedną kulturę muzyczną, dzięki czemu słuchaczowi łatwiej będzie się odnaleźć i stwierdzić, czy klimat utworów mu odpowiada czy nie. Tym razem płyta będzie utrzymana w klimacie celtyckim, co słychać w melodiach i brzmieniach wykorzystanych instrumentów.

Ostatnio, w przerwach między nagraniami własnego materiału, zaangażowała się pani w projekt „Panny Wyklęte”. Co zadecydowało, że warto wesprzeć ideę piosenek powstańczych, wcześniej zawartych na płycie „Morowe panny”?

– Płyty zawierają teksty o tematyce narodowej, patriotycznej. Wcześniej wzięłam udział w nagraniach „Morowych panien” poświęconych kobietom w powstaniu warszawskim. Teraz kobiety zaproszone przez pomysłodawcę projektu – Darka Malejonka – śpiewają o Żołnierzach Wyklętych, którzy walczyli w podziemiu, a potem zostali uznani za złoczyńców i doświadczyli represji.

O udziale w projekcie zadecydowała idea, czy muzycznie też chciała pani posmakować czegoś zupełnie innego stylistycznie?

– Reggae bardzo mi odpowiada, nie mówiąc o tym, że z tego środowiska pochodzą moi najbliżsi przyjaciele, dlatego tym bardziej się cieszę, że mogłam spróbować czegoś nowego i zyskać kolejne doświadczenie muzyczne, a zarazem lepiej poznać to, czym żyją na co dzień moi bliscy znajomi.

Przy tylu zajęciach zawodowych jest dość czasu, żeby równie dobrze sprawdzić się w domowych rolach?

– Te są na pierwszym miejscu! To wbrew pozorom wcale nie jest trudne. Zresztą nie umiałabym inaczej. Nie wyobrażam sobie, żeby zaniedbać dom i zostawić dziecko samo sobie dla kariery. Spędzam z synem bardzo dużo czasu i myślę, że nie odczuwa mojej nieobecności czy innych skutków wykonywanego zawodu. Na pewno Piotrek nie ucierpiał w żaden sposób przez moją pracę. Nawet jeśli nie ma mnie przy nim, zawsze ma zapewnioną opiekę, którą uwielbia.

Co daje pani najwięcej energii i najskuteczniej motywuje do pracy?

– Myślę, że właśnie ten mój mały bąk, który czeka na mnie w domu i daje mi tyle radości. Kocham moje dziecko i kocham świat muzyki, więc cieszę się, że tak dobrze udaje mi się to łączyć. Jeżeli widzę, że to, co robię, ma sens, a jednocześnie przekłada się na dobre efekty i sukces, to jest to niezwykła siła napędowa, by dalej iść w tym kierunku. Kiedy widzę wokół siebie sztab ludzi, którym się chce, to sama mam poczucie, że warto, i energię, żeby robić to dalej – więcej, lepiej. To daje radość, która przekłada się na to, jaka jestem, kiedy wracam do domu, żeby przeczytać Piotrkowi bajkę, odrobić z nim lekcje, pomyśleć, co zrobić na śniadanie.

Od lat jest pani związana z muzyką, ale kilka miesięcy temu zdecydowała się pani spróbować sił w aktorstwie i wcielić w rolę Marleny Dietrich w spektaklu „Edith i Marlene”. Co przekonało panią do zmierzenia się z tym zupełnie nowym wyzwaniem?

– Cudowna Márta Mészáros, która jest nie tylko wielkim reżyserem, lecz także, a raczej przede wszystkim, wspaniałym człowiekiem i niezwykłą kobietą, którą ogromnie podziwiam. Pod każdym względem jest dla mnie wzorem do naśladowania, dlatego możliwość współpracy z nią jest ogromnym zaszczytem, tym bardziej, że nie jestem aktorką, a mimo to zaufała mi i wraz z kolegami, którzy mi partnerują, tak pokierowała moją pracą, że doprowadziła nas do wspólnego finału, który widzowie dziś oglądają.

Jak odnalazła się pani na scenie tym razem jako aktorka, a nie wokalistka, i czy emocje towarzyszące występom w sztuce i na koncercie są porównywalne?

– Niesamowite, że są to pozornie podobne, a zarazem zupełnie inne doświadczenia i emocje. W tekście śpiewanym często nachodzi mnie myśl: „Żeby tylko się nie pomylić”. Z tekstem mówionym w ogóle nie mam tego problemu. W piosence śpiewam o emocjach, które nie zawsze odpowiadają mojemu nastrojowi. Czasami bardziej przeżywamy te nostalgiczne utwory i te łatwiej wtedy odszukać w pamięci, innym razem – szybciej przypominamy sobie te wesołe, bo akurat lirycznych kawałków w danym dniu nie czujemy. Z kolei w tekście mówionym za słowami wypowiadanymi na scenie za każdym razem idą emocje. Podczas każdego spektaklu na nowo odbywa się kłótnia, rozmowa, ma miejsce bliskie spojrzenie, przytulenie i za każdym razem w realnym czasie budzi się uczucie, które dotyczy tego momentu. Nie myślę o tym, żeby pamiętać tekst, bo kwestie same są przywoływane wraz z emocjami, które co spektakl odżywają na nowo. Nie ukrywam, że przełom w mojej pracy nad spektaklem nadszedł pod koniec prób, kiedy zostałyśmy same z Ewą Telegą i Anią Sroką -Hryń, która gra Edith Piaf, i na zmianę grałyśmy wszystkie role męskie nieobecnych aktorów. To niesamowicie mnie otworzyło – zaczęłam się wygłupiać, pozostawiając w tyle wstyd i uczucie niepewności towarzyszące mi do tej pory na scenie.

Całkowicie wyzbyła się pani barier, żeby grać nie tylko głosem, lecz także mimiką, gestem, ciałem?

– Nie będę na tyle odważna, żeby to powiedzieć odnośnie moich poczynań aktorskich, choćby z pokory i szacunku do moich kolegów zawodowców, sceny i środowiska aktorskiego w ogóle. Cały czas mam świadomość, jak wiele brakuje mi, żeby osiągnąć ich profesjonalizm. Nigdy nie powiem o sobie, że jestem aktorką, ale czuję się na tej scenie i w tej roli dobrze.

Złapała pani bakcyla na tyle, żeby być otwartą na kolejne propozycje aktorskie?

– Czasem dostaję propozycje zagrania w serialu, ale konsekwentnie odmawiam, natomiast jeśli trafiłaby się ciekawa propozycja sceniczna, to kto wie, czy bym się nie skusiła? Z jednej strony wiem, że kojarzę się nieco inaczej, ale z drugiej całkiem dobrze utożsamiam się z graną postacią Marleny Dietrich. Zdecydowanie bardziej niż jak miałabym grać Edith Piaf. To też ułatwia zadanie. Dlatego musiałaby to być propozycja, w przypadku której czułabym się na siłach zmierzyć z zadaniem aktorskim i miałabym przekonanie, że podołam. Czytając życiorys Marleny Dietrich i poznając jej podejście do życia, odnalazłam z nią wiele cech wspólnych i myślę, że odnalazłybyśmy wspólny język, mimo że jesteśmy z tak różnych epok. W przypadku osób, które stają się ikonami, ciągnie się za nimi legenda ograniczona do faktów, o których chce się mówić, a te tworzą nieco zafałszowany, a już na pewno niepełny obraz człowieka. Natomiast kiedy zagłębimy się w biografię, okazuje się, że ich życie odsłania zupełnie inną osobowość.

W charakteryzacji pani podobieństwo fizyczne do Marleny Dietrich jest uderzające, a w czym upatruje pani bliskość charakterów?

– Na pewno mamy podobny dystans. Nie od razu nawiązuję bliskie relacje i wiem, że jestem postrzegana jako osoba chłodna. Docierają do mnie nawet informacje, że niektórzy się mnie boją (śmiech). Wydaje mi się, że mam w sobie perfekcjonizm, a to nie do końca dobra cecha. Podczas przygotowań do roli odkryłam wiele takich zbieżności, ale nie lubię wyciągać tak osobistych rzeczy na zewnątrz. Myślę, że jesteśmy tacy jak nas widzą inni i nie ma co z tym walczyć.

Spektakl traktuje o przyjaźni dwóch legendarnych artystek. Pani łatwiej się dogaduje z kobietami czy mężczyznami?

– To zależy. W dzieciństwie łatwiej mi było dogadywać się z chłopakami, ale z drugiej strony od zawsze mam w swoim otoczeniu wąskie, ale zaufane grono kobiet. Z mężczyznami dogaduję się świetnie. Najbardziej nie lubię głupoty i to jest chyba podstawowe kryterium doboru ludzi, z którymi utrzymuję relacje.

Jak układają się dziś pani związki z Czechami?

– Związki z Czechami układają mi się najlepiej jak mogą (śmiech). Kocham Czechy, jeżdżę tam bardzo często i za każdym razem z wielką przyjemnością wracam. Ostatnio w Pradze nagrywałam moją nową płytę. Kiedy na IV roku studiów składałam papiery do szkoły musicalowej w Brnie, dostałam propozycję współpracy z Brathankami. To zespół zadecydował o tym, że zostałam w Polsce i dokonałam przełomu w moim życiu. Machina tak się rozkręciła, że nie dało się jej zatrzymać. Przez pracę zaczęłam układać sobie tu życie, zapuściłam korzenie i tak już zostało. Muszę jednak podkreślić, że cały czas jeżdżę na Zaolzie do mojej mamy i tam nadal jest mój dom.

Nawiązując do projektu „Panny wyklęte” i idei patriotyzmu, jak pani widzi swoją przynależność narodową i rozdarcie między krajem, w którym pani żyje, a korzeniami?

– Dziś czuję się już stuprocentową Polką. Ilekroć lecę do Czech, wiele rzeczy jest dla mnie nowych. Przez kilka ostatnich lat mówiłam wyłącznie po polsku i prawie całkowicie straciłam kontakt z językiem czeskim. Od dwóch lat zaczęłam odbudowywać moje kontakty z Czechami: śledzić wiadomości, oglądać telewizję i znowu żyję podwójnie. Zawsze będzie we mnie ta dwoistość, bo życie na Zaolziu to życie w trzech kulturach, natomiast sercem i duszą jestem Polką. Zawsze zresztą byłam wychowywana w polskim duchu patriotycznym i Polskę znacznie lepiej dziś znam, ale przed czeską kulturą nie będę się bronić, bo ona bardzo dużo mi dała.

Wielokulturowość jest obecna w pani życiu i twórczości. Podróże inspirują do wykorzystywania motywów folkowych w muzyce?

– W sferze podróży jestem jak małe dziecko, które kiedy dostaje kilka prezentów, chce otworzyć wszystkie naraz. Chciałabym zobaczyć kawał świata. Zawsze ciągnęło mnie do Indii i te przynajmniej po części udało mi się zobaczyć, ale nadal jest cała masa miejsc, które marzy mi się poznać. W tym momencie najbardziej marzy mi się wyprawa do Kambodży, Birmy, Laosu. Podróże jednak zostawiam w tym momencie z boku. Teraz przyszedł czas na podróże muzyczne i samochodem po Polsce przy okazji trasy koncertowej.

Wydanie internetowe www.magazynvip.pl

(fot. VIP)

Polub luxclub.pl na Facebooku

TAGI: HALINA MLYNKOVA | piosenkarka | gwiazda | celebryta | muzyka | styl

oceń
4
0
Podziel się

Opinie

Pozostało znaków: 4000

[Pokaż regulamin]

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!


Katalog zegarków

akceptuję regulamin

regulamin serwisu